
Jakoś z tymi zrazami mi nigdy nie było po drodze. Niby to polski przysmak, bo w środku najczęściej można znaleźć ogórek kiszony, który jest w „100% made in Poland”, ale coś było zawsze nie tak. I tak przy wielu okazjach trzeba było dyplomatycznie odpowiadać na pytanie: „i jak, dobre zraziki, prawda?”. „Tak, spoko”, bo niby co innego można powiedzieć na taki trochę nijaki smak. Ani to słone, ani pikantne. Umami też w tym przypadku raczej się nie kwalifikuje. Zawsze można zamoczyć w sosie czosnkowym, ale gdybym miała ochotę na kebab, to bym udała się na któryś dworzec kolejowy. Ciekawe, swoją drogą, czy jak są targi kebabów (o ile są!), to wystawcy ustawiają się zgodnie z „przynależnością dworcową”?
Wracając jednak do zrazów. Już myślałam, że nigdy się do nich nie przekonam (ach te przekonania…), aż tu nagle podczas wakacji we Toskanii zjadłam najlepsze zrazy ever. Szałwia w środku zaczarowała tą potrawę.
Dzielę się przepisem Carmen- kucharki z Włoch. Zrazy można podać na przykład w Andrzejki podczas wróżenia z kart :).

Składniki (8-10 porcji):
- 4 cienkie i duże plastry mięsa wołowego
- szynka parmeńska
- mozzarella
- szałwia
- 2 łyżki mleka 3,2%
- 3-4 łyżki białego wytrawnego wina
- oliwa z oliwek
- mąka

Plastry wołowiny kroimy na mniejsze kawałki. Na każdy plaster układamy plaster szynki parmeńskiej, plaster mozzarelli, 3-4 listki szałwii. Rolujemy w zrazy i wkładamy wykałaczki, aby się nie rozleciały podczas smażenia, na koniec obtaczamy w mące.



Na patelni rozgrzewamy oliwę i smażymy zrazy z każdej strony 4-5 minut. Podczas smażenia dolewamy mleko i białe wino. Podajemy gorące.

I tyle :), w końcu to włoskie danie, więc musi być prosto i szybko.
